... Aż by się chciało rzec: "radości nie było końca".. jednak koniec przyszedł szybciej niż mogłem się spodziewać.
Jadę sobie wesoło przez las z kolegą, gdy tu nagle zaczął mi łańcuch przeskakiwać na 4tym biegu... Myślę sobie - dziwne, ale popatrzyłem, wsio ok.
Po chwili przeskakiwał na każdym biegu. Myślałem ,że mnie szlag trafi... nie mogłem tego wytrzymać. Już zacząłem pluć na SLXa mysląc, ze nie byłby sobą, gdyby się nie rozregulował...
Fartem przejeżdżaliśmy koło kolegi, wstąpiłem do niego po śrubokręt żeby wyregulować to dziadostwo...
okazało się, że wszystko jest ok. Nie ma czego regulować... coś tam pokręciłem, niby było lepiej, ale dallej przeskakiwało. Na szczęście do domu miałem niedaleko, więc skończylismy swój wypad...
Następnego dnia z samego rana wziąłem się za tajemniczą sprawę przeskakiwania. Uważnie przyglądałem się łańcuchowi podczas kręcenia korbą i.... okazało się, że jedna część ogniwa "rozkuła się", łańcuch wisiał tylko na drugiej połowie, a odstająca połowa powodowała przeskakiwanie. Czym prędzej wsiadłem na rower taty, pojechałem po spinkę, przy okazji umyłem łańcuch w nafcie, nasmarowałem, zapiąłem i już wszystko ok. Przerzutka chodzi wspaniale, łańcuch nie przeskakuje
Zastanawiało mnie tylko, czemu tak się stało... po uważnych oględzinach zepsutego ogniwa doszzedłem do wniosku, że chyba musiałem zahaczyć o jakiś kamień, bo ogniwo na brzegach miało takie jakby wgniecenia, otarcia...
No i okazało się, że przednie klocki zostały uratowane moim zabiegiem, nie piszczą już i hamują wyśmienicie, natomiast najwyraźniej tylne są chyba zeszklone, gdyż znów zaczęły piszczeć. No trundo, dojeżdżę je i kiedyś będzie trza wymienić.
Dziś zrobiłem trasę na drugi koniec miasta przez lasy, pola, ulice, chodniki w naprawdę szaleńczym tempie i wszystko spisywało się dobrze, a obciążenia miejscami były potężne, zarówno napędu jak hamulców i zawieszenia. Zresztą pełno pyłu jest teraz wszędzie, ale wszystko chodzi jak powinno

Wracając nie było już ostrej jazdy, tylko bardziej rekreacyjna
